Los Albaricoques

Dotarcie do Los Albericoques – miasteczka, w którym Leone kręcił finałowe sceny „Za garść dolarów więcej” było najbardziej trudnym zadaniem do wykonania podczas naszego wyjazdu do Andaluzji. Tylko jeden autobus z Almerii dojeżdża do tego miasteczka i, uwaga, ma tylko jeden kurs o 18:30, a powrotny jest następnego dnia o 7 rano. Ciężko zwiedzać o tak później porze, o przetrwaniu nocy w tym rejonie już nawet nie wspomnę. Tak więc postanowiliśmy zaryzykować i wsiąść w autobus do San Jose (w którym także powstało mnóstwo filmów z Ostatnią Krucjatą Spielberga na czele) ok godziny 11 i poprosić kierowcę o wysadzenie nas przy przystanku najbliższym Los Alericoques. Drogę między tym punktem a miasteczkiem postanowiliśmy przebyć pieszo. 4km spacer w tej temperaturze wykończył nas doszczętnie, a piwo nigdy nie smakowało tak dobrze.

Los Albericoques jest wyjątkowo małym miasteczkiem (google podaje, że w 2014 roku populacja wynosiła 253 mieszkańców), które do dziś jest odwiedzane przez turystów tylko i wyłącznie dzięki spaghetti westernom. Ale domyślam się, że jest ich garstka w skali roku, podczas naszego pobytu miasteczko wyglądało jak opustoszałe. W restauracji, której wnętrze wygląda jakby projektował je ślepy uber fan westernów, tubylcy patrzyli na nas jak na kosmitów. Ale brak turystów nie przeszkodził mieszkańcom w szczególnym upamiętnieniu twórców spaghetti westernów. Wszystkie ulice w mieście odziedziczyły imiona po artystach pracujących przy filmie Leone. Przyznam, że nie obraziłbym się mieszkać przy ulicy Clinta Eastwooda. Natomiast w miejscach, które są znane z filmowych kadrów umieszczono tablice pamiątkowe.

Wieloletni asystent Leone, Tonino Valerii, odnalazł tę lokalizację podczas spędzania w Almerii swojego miesiąca miodowego. Białe budynki miasteczka z łatwością przypominały typowe meksykańskie miasto, więc pasowały jak ulał do klimatu potrzebnego przy realizacji westernu. Wszyscy mieszkańcy Los Albericoques pracowali przy wydobywaniu złota w pobliskiej kopalni, a jako że Leone po ogromnym finansowym sukcesie „Za garść dolarów” mógł sobie pozwolić na kręcenie filmów z większą pompą, zatrudnił prawie całe miasto do pomocy przy realizacji „Za garść dolarów więcej”. Tubylcy skuszeni łatwym zarobkiem i łatwą pracą długo się nie zastanawiali. Kobiety pomagały przy tworzeniu kostiumów i przyrządzaniu posiłków dla całej filmowej ekipy, a mężczyźni występowali jako statyści, a nawet i kaskaderzy. Biznes filmowy w Almerii dzięki Leone wymknął się spod kontroli, w latach 60 kręcono tutaj więcej filmów niż w Stanach Zjednoczonych. Biznes kwitł, ale jak wiemy, wszystko co dobre szybko się kończy. Westerny odeszły w zapomnienie, a po ich zmierzchu już tylko kilka ważnych produkcji powstało w tym rejonie. Byli statyści, kaskaderzy, stolarze, jak i zwykli pracownicy branży filmowej musieli powrócić do swoich codziennych prac. Dziś Almeria to przede wszystkim przemysł spożywczy, obuwniczy i chemiczny.

Ale ta zapomniana kraina spaghetti westernów nie straciła swojego niezwykłego uroku. Wystarczy wejść w kamienny krąg, w którym odbył się finalny pojedynek między Eastwoodem, Van Cleefem i Maria Volontè, a każdy dźwięk dookoła będzie przypominał Wam utwór Morricone „Watch Chimes”. Ze wszystkich miejsc w Almerii to tutaj czułem się najlepiej, od dawna chciałem odwiedzić to miejsce i satysfakcja z wykonanego zadania była naprawdę ogromna. To dla takich chwil warto podróżować. A samo Los Albericoques mam wrażenie, że mogłoby się stać moim domem spokojnej starości. Cisza, spokój, słońce i prawdziwe jedzenie, a nie ten plastik, który mi serwują tutaj w Manchesterze.

Po dokładnym zwiedzeniu każdego zakamarka miasta, postanowiliśmy zjeść w jednej jedynej restauracji w mieście (o, której już wspomniałem wyżej). Restauracja Alba ma ciekawą kolekcję zdjęć z planów filmowych, które świetnie pokazują jak bardzo mieszkańcy miasta byli zaangażowani w pracę przy filmach. W gablocie z replikami rewolwerów znajduje się także zegarek El Indio (postaci granej przez znakomitego Gian Maria Volontè), wprawione oko dostrzeże, że nie jest to bynajmniej zegarek wykorzystany w filmie. Obsługa restauracji nie mówi po angielsku, a jako, że tego dnia mieli zepsuty grill (co za niespodzianka) musieliśmy wybrać coś, co nas nie zadowoliło. Ale nie zepsuło nam to humorów, w końcu nie dla jedzenia odwiedziliśmy to miejsce.

Po posiłku wróciliśmy jeszcze raz na kamienny krąg, aby upozorować pojedynek rewolwerowy. Niestety zostałem zabity, Karolina chciała być Eastwoodem.

Jako że autobus do Almerii był dopiero o 7 rano następnego dnia, wsiedliśmy w jedyny autobus, który dojeżdża do Los Albericoques i ruszyliśmy do San Jose, aby stamtąd dokładnie tym samym autobusem dotrzeć do Almerii. Ale dzięki tej skomplikowanej trasie mieliśmy przyjemność zobaczyć park naturalny Cabo de Gata-Níjar, którego widoki zapierają dech w piersi, a także urocze nadmorskie miasteczko San Jose – Ci wszyscy, którzy nie boją się turystów i myślą o typowym nadmorskim urlopie będą zachwyceni tym miejscem.

Nasza podróż po Andaluzji dobiegła końca. Kieszenie wypchane mamy piaskiem z pustyni, a głowy najpiękniejszymi wspomnieniami. Będziemy tęsknić.

Jeśli podobał się Wam ten post i macie ochotę na więcej, zachęcamy do polubienia naszego Facebookowego fanpage.

Koniecznie weźcie udział w naszym konkursie!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s