Almeria

Jakbym miał wymienić wszystkie tytuły filmów i wszystkie nazwiska aktorów, którzy zawitali do Almerii aby w nich wystąpić, serwer naszego bloga dostałby zadyszki. Ale jeśli napiszę, że w okolicach Almerii kręcono Kleopatrę, Jamesa Bonda, Odyseję Kosmiczną, Indianę Jonesa i co najważniejsze – spaghetti westerny to zrozumiecie, że mamy czego zazdrościć Hiszpanom. Ta część Andaluzji przyciągnęła filmowców przede wszystkim krajobrazem. Tutaj ośnieżone góry Sierra Nevada, pustynia Tabernas i malownicze wybrzeże Costa del Sol oddalone są od siebie kilka godzin jazdy samochodem. Ale ze wszystkich atrakcji tego rejonu to właśnie jedyna w Europie pustynia (dokładnie półpustynia) Tabernas tak przypodobała się filmowcom. Na potrzeby danego filmu krajobraz Tabernas zamieniał się w pustynie Arabii Saudyjskiej, Arizony czy też w piaszczysto górzyste krajobrazy fikcyjnej Cymerii. Ale mimo wielu hollywoodzkich dzieł nakręconych w tym rejonie, okolice Almerii już na zawsze będą należeć do spaghetti westernów. To tutaj w 1964 roku zawitał włoski reżyser Sergio Leone wraz z młodym amerykańskim aktorem Clintem Eastwoodem, aby nakręcić swój pierwszy western “Za garść dolarów“.  Sukces tego filmu otworzył karierę Clintowi i rozpoczął boom na włoskie westerny, które na dobre zmieniły wizerunek dzikiego zachodu w kinie.

Od kilku lat marzyliśmy o tym, aby wybrać się w te rejony Hiszpanii. Niestety ciężko dostać się do Almerii z Polski – z tego, co się orientowałem, najtańszym połączeniem będzie lot do Madrytu i stamtąd do Almerii. Co prawda do Andaluzji organizowane są wyjazdy z biur turystycznych, jednak my w taki sposób nie lubimy podróżować, dlatego lot czarterem nie wchodził w grę. Ale jako, że mieszkamy w tym momencie w Manchesterze, z którego jest bezpośrednie połączenie do Almerii, nie musieliśmy się długo zastanawiać. Szczególnie, że to odpowiednie miejsce na urlop, w którym śmiało można połączyć odpoczynek z geekowskim zwiedzaniem.

Zatrzymaliśmy się w samym centrum Almerii, co było dość specyficznym zagraniem, ponieważ kilkanaście kilometrów od miasta są przepiękne nadmorskie kurorty takie jak np. w miasteczku San Jose. Ale co tu dużo ukrywać, chcieliśmy uciec trochę od turystycznej biesiady i mieć szybki dostęp do hiszpańskiej komunikacji. Po za tym lubimy miejskie życie. A samo miasto ma do zaoferowania ogromną, nieprzepełnioną turystami plażę. Tak więc część naszego urlopu poświeciliśmy na plażowanie i nadrabianie zaległych książkowych lektur, a drugą na podróżowanie szlakiem spaghetti westernów.

W samym centrum miasta także można znaleźć wiele filmowych lokalizacji. Kręcono tam “Conana“, “Zawód Reporter“, “Pattona” czy “Za garść dynamitu“. Każda z lokalizacji ma pamiątkową tablicę z opisem filmu i zdjęciem kadru. Fajna rzecz, której zabrakło mi np. w miasteczkach wybudowanych na potrzeby westernów Leone.

A to właśnie takie miasteczko było naszym pierwszym celem. Dokładnie to, które ekipa Leone stworzyła na potrzeby “Za garść dolarów więcej“, a które później zostało wykorzystane w kilkudziesięciu innych westernach.

“Mini Hollywood”, bo tak dziś nazywa się ta turystyczna atrakcja, jest przerobiona na park rozrywki dla całej rodziny. Miasteczko z dzikiego zachodu, pojedynek rewolwerowców, przejażdżka konna, pamiątkowe zdjęcie a nawet mini zoo. Oczywiste jest to, że na fanach spaghetti westernów takie miejsce nie ma prawa się utrzymać, więc Hiszpanie postanowili go trochę “ulepszyć” i stworzyć coś, co przyciągnie szerszą publikę. Bałem się bardzo, że miejsce będzie skomercjalizowane i pełne szalonych turystów. Okazało się jednak, że okres w którym odwiedziliśmy “Mini Hollywood” sprzyja zwiedzaniu, gdyż tłumów nie było a jak już zjawiły się jakieś grupki ludzi, to szybko opuściły tereny filmowego “El Paso” aby nacieszyć oczy dzikimi zwierzętami.

Z głośników ulokowanych na budynkach unosiły się dźwięki muzyki Morricone, słońce grzało chyba bardziej niż w Texasie, a otaczające góry Tabernas pomagały zapomnieć o nudnych czasach w których przyszło nam żyć. Rozglądasz się dookoła i wiesz, że to jedyne miejsce w Europie gdzie to faktycznie się mogło udać. To prawdziwy Dziki Zachód. Ze wszystkich trzech parków, które ulokowane są w tej okolicy ten podobno przyciąga największą grupę turystów. Budynki są odnowione, ale nadal wyglądają na stare. Wystarczy jeszcze raz obejrzeć “Za garść dolarów więcej” czy chociażby “Navajo JoeSergio Corbucciego aby przekonać się, że te domy faktycznie zostały wybudowane 50 lat temu i tylko kosmetycznie były zmieniane na potrzeby nowych filmów. Architektura budynków, a szczególnie banku ulokowanego w sercu miasteczka robi niesamowite wrażenie. A to wszystko dzięki nieprzeciętnemu talentowi wieloletniego współpracownika Leone – Carlo Simiego. Simi nie tylko projektował budynki, ale także zajmował się kostiumami. Jego prace możemy oglądać w wielu filmach włoskiej kinematografii, gdyż nie tylko Leone poznał się na jego talencie. Twórcy tacy jak Lucio Fulci, Sergio Corbucci czy Sergio Sollima także korzystali z jego usług. To tylko udawadnia jaką smykałkę do ludzi miał Leone. To dzięki temu reżyserowi gwiazdy sławy takich artystów jak Morricone, Eastwood, Delli Colli czy Maria Volonté mogły rozbłysnąć prawdziwym blaskiem.

Mini Hollywood ma niesamowity klimat. Nie tylko dlatego, że możesz się czuć tu jak na Dzikim Zachodzie. Myślę, że dużo bardziej ekscytujące jest to jak po zamknięciu oczu wyobrazisz sobie jak ten plan filmowy wyglądał, gdy przechadzały się po nim największe gwiazdy spaghetti westernów. Jak kinowa zabawa w pojedynki rewolwerowców wchodziła na nowy poziom. Jak wyglądał wolny od zdjęć dzień aktorów. Czy Clint Eastwood w te dni wybierał się do Almerii popływać w morzu i skosztować hiszpańskich smakołyków? Czy może grał w golfa na piaszczystym terenie Tabernas?

Odpowiedzi na te pytania nie znaleźliśmy jednakże w muzeum, które znajduje się w miasteczku. Tak samo jak zabrakło informacji na temat filmów, które kręcone były w tym rejonie. O rekwizytach i kostiumach także nie ma mowy. Muzeum zawiera jedynie kolekcje westernowych plakatów, niestety w sporej ilości do filmów, które nie były kręcone w Hiszpanii i kilka zabytkowych kamer. I to chyba największy minus tego miejsca. Nie wiem gdzie podziały się te filmowe akcesoria, możliwe że wróciły wraz z twórcami do Włoch albo przepadły na zawsze. Ale osobiście chciałbym, aby ten tematyczny park był bardziej nastawiony na historię kina. Na dniach powinna pojawić się książka “Behind-the-scenes of Sergio Leone’s The Good, the Bad and the Ugly”. Myślę, że będzie to obowiązkowa lektura dla tych, którzy chcieliby zobaczyć Almerię pod kątem spaghetti westernów. „Dobry, Zły i Brzydki” to czołowa pozycja kina tego gatunku.

Podróżowanie po tej części Hiszpanii nie należy do najłatwiejszych. Turystyka śladami filmowych lokalizacji nie jest tu popularna do tego stopnia, aby komunikacja miejska funkcjonowała regularnie między westernowymi miasteczkami a Almerią. Najlepszym sposobem, żeby zobaczyć jak najwięcej jest wypożyczenie samochodu. Co prawda to też wcale nie jest tu takie proste. Najlepiej, aby samochód zdobyć na lotnisku, tam jest najwięcej wypożyczalni. Centrum Almerii ma tylko dwie wypożyczalnie, w których właściwie nic nie podlega rezerwacji i trzeba zaglądać tam codziennie. Konieczne będzie posiadanie karty kredytowej i sporo szczęścia, aby trafić na dostępny samochód. My tego szczęścia nie mieliśmy, dlatego musieliśmy polegać na komunikacji miejskiej, co okazało się być zarazem swoistą przygodą.

Aby dotrzeć do parku „Mini Hollywood” łapiemy autobus do miasta Tabernas i prosimy kierowcę o wysadzenia nas przy tym westernowym miasteczku. Cena za bilet to ok 2,5 euro. A teraz uwaga: ten autobus kursuje tylko 3 razy w ciągu dnia, więc musicie zaplanować podróż tak, aby trafić na powrotny. A przecież jeszcze czeka Was wyprawa do miasteczka wybudowanego na potrzeby „Pewnego razu na dzikim zachodzie”. Nam się udało, chociaż co prawda musieliśmy zatrzymywać autobus na środku drogi i błagać kierowcę, żeby nas wpuścił. Powrót do hotelu przez pustynię w 30 stopniowym upale nie napawał nas optymizmem.

Ale o tym jak dotarliśmy pod dom McBainów, znamiennego czerwonego domu z opus magnum Leone, przeczytacie już w następnym odcinku.

Processed with VSCOcam with s2 preset

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s